Zaloguj

Bieszczadzki zbój - Kostka z Procisnego - cz. I

    • opryszki wschodnikokarpaccy zbójnicy grafika z w hżyćkyj opryszky karmaliuk 1

 Był we wsi chłopak dziarski i chwacki a nazywał się Kostek. Chcąc zakosztować przygód postanowił zaciągnąć się do wojska. Kiedy służył w koszarach, znalazł sobie w mieście dziewczynę. Wynajął jej stancję na trzy miesiące i obiecał właścicielowi, że za nią komorne zapłaci. Przyszedł czas zapłaty, lecz Kostek pieniędzy nie miał. Udało mu się jednak uprosić jakoś gospodarza, aby przechował dziewczynę na kwaterze przez kolejne trzy miesiące a on pieniądze zdobędzie i spłaci komorne z nadwyżką. Ale przez ten czas nie udało mu się pieniędzy na czynsz zdobyć. Naradzał się wraz z kochanką, co w tej sytuacji począć. Aż tu raz posłyszał, że na sąsiedniej ulicy mieszka kupiec, który ma duże obroty, a pieniądze z utargu zostawia na noc w sklepie. Długo się nie namyślając, włamał się nocą do sklepu i pieniądze ukradł.

Poszedł tedy na drugi dzień do gospodarza i cały dług spłacił. Nikomu nie przyznał się, w jaki sposób środki zdobył i tylko dziewczynie wyznał całą prawdę. Zachęcony łatwymi pieniędzmi ukradł je po raz drugi i kolejny. Aż pewnego razu rzekł do dziewczyny, że nie będzie dłużej służyć przy wojsku, bo żadnego stąd pożytku, a w złodziejskim fachu mu się wiedzie i szczęście samo idzie. Kolejnej nocy opuścił koszary, przyszedł po kochankę i razem uciekli z miasta. Idąc raz polną drogą napotkał sześciu rosłych chłopów.

- Coś ty za jeden? – zapytali napotkani.

- Kimże miałbym być? Tym samym co i wy! - odpowiedział Kostka.

- My jesteśmy zbójowie! - powiedzieli butnie przypadkowi rozmówcy.

- Toż i ja, żołnierz i złodziej! - odparł chłopak zdecydowanie.

Przypadła zbójnikom do gustu jego harda mina i stanowczość, a i to, że nowo poznany kamrat wojaczki zakosztował. Odrzekli mu więc:

- Jakżeś i ty złodziej tedy przystań do nas! Dowodzić umiesz, boś ty wojak, jak nas będziesz dobrze na akcje wodził to cię obierzemy naszym kapitanem.

- Będę ja was dobrze wodził – odrzekł Kostek – bo już mam taką naturę i szczęście, i gwiazda zbójnicka nade mną świeci. Ale musi nas przysięga związać – jakoby w wojsku - bo dola zbójnicka do żołnierskiej podobna. I sukces, i życie od każdego kamrata jednako zależy. Jak wam rozkażę iść w ogień czy w bitewny zgiełk to musicie bez namysłu rozkaz wykonać.

- Zgoda, przystajemy na to szczerym sercem – powiedzieli. - Ale i ty nam uchybić nie możesz.

Jak postanowili, tak uczynili. A Kostek zaczął przewodzić zbójnickiej kompanii. Poszli wkrótce na leśny trakt zaczaić się na jakich wędrowców, którzy by z Węgier lub na Węgry szli. Ale dzień minął, a tu nikt się nie pojawił. Poszli raz następny i znów powrócili z niczym. Wrócili do swej zbójnickiej kryjówki i nuż się naradzać.

- Na drugi dzień - rzekł Kostek – wy siedźcie w domu a ja pójdę się wywiedzieć we wsi, gdzie by tu można jakieś pieniądze zdobyć.

Poszedł nazajutrz do karczmy w Procisnem i wdał się z rozmowę z miejscowymi przy palunce. Tak się zwiedział, że w sąsiedniej wsi we dworze żyje bogaty pan bezdzietny, a dwór słabo chroniony, bo na służbę szczędzi i hajduków skąpi.

Powrócił Kostek do kryjówki, naradził się z kompanami i nazajutrz wieczorem podeszli pode dwór. Kostek wystroił się elegancko, aby na jakiego bogacza wyglądał, podszedł pod dźwierza i jął w nie kołatać z całej siły i na lokaja wołać. Przybiegł zaspany sługa i o przyczynę najścia o tak późnej porze spytał. A Kostek przedstawił mu się jako pana stary przyjaciel, który z pilną sprawą przyjechał, a że mu po drodze koń okulał to i dotrzeć przed wieczorem nie zdołał. Wymawiał się sługa, że pan już w pościeli, a on gościa nie zna. Zbój jednak nalegał, że sprawa pilnej wagi, a pan gniewać się nie będzie, bo to rzecz dla niego ważna, tym bardziej, że ją stary druh jego przynosi. Wpuścił lokaj zbójnickiego herszta do dworu, pan wyszedł do niego a ten w te słowa:

- Ja Jaśnie Panie synem jestem wiernego przyjaciela Waszej Miłości, z którym żeście oba w konfederaty szli, z jego polecenia o służbę na Waszym dworze jako ekonom albo leśniczy proszę, bo ojciec mój fortunę znacznie dla ojczyzny stracił i nie stać go we dworze wszystkie swe utrzymać potomstwo.

Zdumiał się szlachcic, lecz nie dał się wyprowadzić w pole i o okazanie listu polecającego poprosił. Na to mu Kostek rzekł:

- Nie mam. Ale ja sam zaświadczam za siebie.

A pan mu na to:

- Tedy ja ciebie bez świadectwa jakiego przyjąć nie mogę, bo skąd ja wiem kimżeś ty. Może i złodziej jaki?

- Ja nie złodziej, bom grzecznie do Waszej Miłości drzwi pukał. Ale za mną szli jacyś podejrzani ludzie, tedy mi strach przed nimi z dworu uchodzić. Pozwól, bym choć do świtu tutaj przenocował.

Rozgniewał się jednak Pan i rzekł:

- Idźże Waść precz! A nie wracaj póki pisma jakiego nie przyniesiesz! Mało to złodziei po gościńcach się włóczy?!

Kostek zaś mu odpowiedział:

- Jakiś Pan w wypędzaniu gości prędki! Ale je swoje zasady mam. Jedną z nich jest, że jak gdzie wszedłem, to już nie wychodzę. Chyba, że mnie dobrze opłacą.

Rozzłościł się pan. Łap zbója za kaftan i do ciemnej sieni zaczął wypychać. A tu już kamraci Kostki, co się w międzyczasie do sieni dostali i ukryli, na szlachcica skoczyli, związali, zakneblowali i rzucili pod progiem. Wpadli na pokoje i nuż wszelkie kosztowności rabować. Pieniądze, suknie, klejnoty pozabierali i w nogi, hen w lasy głębokie!

Nie minęło 3 pacierze a pani do domu bryczką powróciła. Wchodzi do dworu, a tu pusto, do sypialni, a pana nie widać. Wyszła na przedsienie, patrzy, a tu pan pod progiem skrępowany i zakneblowany leży. Aż krzyknęła za przerażenia:

- Joj, Jezus – Maryja, a cóż tu się stało?!

Nuż pana rozwiązywać, który szczęśliwe żyw jeszcze był. A ten jej opowiedział, że zbóje dwór naszli i ze szczętem okradli.

Powrócili zbójnicy do swej kryjówki, podzielili się zdobyczą, a resztę ukryli w głębokiej jaskini. Spodobało im się, że ich Kostek ma nosa do znajdowania łatwych łupów, a i rękę do łupienia bogaczy skorą. Przystali by im hetmanił, cele napadów wynajdywał i przed napadem badał.

Szedł tedy raz Kostek leśną drogą na zwiady i babę idącą z naprzeciwka zobaczył. Zatrzymał ją i spytał:

- Babo, a skąd żeście?

A baba na to:

- A z tego sioła.

- A co tam w tej wsi słychać? - zapytał zbójnik.

- Nic nie słychać – powiedziała kobieta – ale stała się nowina. Przyszedł jeden do dworu, wziął i związał pana, pieniądze zabrał i odzież. A jeszcze powiedział ów złodziejaszek, że się nazywa Kostek, sławny zbójnik.

Tak się zapaliła baba opowieścią o wydarzeniach we wsi, że zaczęła wyrzekać na zbójnika:

- A żeby go Pan Bóg pokarał! Nasz pan taki dobry był. A jakiś czort przeklęty naszedł go i okradł.

Rozeźlił się Kostek i rzekł do kobiety:

- Mam do Was prośbę. Wy wiecie gdzie, idźcie mi kupić gwoździe, nie duże, nie małe, takie w sam raz, za 20 grajcarów. Dam ci na to całego guldena, resztę sobie weź za fatygę.

Połasiła się baba na łatwy zarobek. Pomyślała sobie: na co mu w lesie gwoździe? Dziwak jakiś. Ale, że 40 grajcarów na gościńcu nie leży, wzruszyła ramionami i po gwoździe poszła. Przywołał w tym czasie Kostek dwóch kamratów i czekali we trzech na babę. Gdy ta wracała i niosła gwoździe zasapana, Kostek wstał z trawy i zapytał:

- No babo, niesiesz gwoździe?

- Niosę, panie, niosę - odrzekła kobieta.

- No dawaj – powiedział zbój – a wiele tych gwoździ jest?

- Oj, trzy kopy - rzekła kobieta.

- No czekajże babo. One wszystkie będą twoje, żebyś wiedziała jak się o zbójniku Kostce grzecznie wyrażać!

Zakrzyknął herszt na kamratów:

- Fediu, Dmytry, a przewróćcie babę na ziemię!

Wszystkie te gwoździe kobiecie w podeszwy powbijał i rzekł:

- Wstawaj teraz i wracaj do chaty, bo już żeś podkuta! I powiedz panu, że go Kostek pozdrawia, co ci podkuł buty!

Wróciła baba do wsi, pożaliła się panu, że ją zbój Kostek podkuł i pana pozdrowić kazał. Rozeźlił się pan i spytał, gdzie też ona zbójnika spotkała. Jak mu wskazała na pański las nad wsią, konie kazał zaprzęgać i w te pędy do urzędu, żeby wojsko na zbójników przysłali. Przyjechali żołnierze, las nad wsią przeczesali, lecz choć cały dzień szukali, nie znaleźli niczego. Przepadł Kostek jak kamień w wodę.

Nie było słychać o nim długo, aż wydarzył się jarmark w Lutowiskach. Prowadziła baba krowę na jarmark koło tego samego lasu na Otrycie, w którym ostatni raz Kostka widziano. Nadybał zbójnik babę, przywitał się i spytał:

- Gdzie ty gonisz tę krowę?

- Oj sprzedać - odpowiedziała kobieta.

- A czemuż to?

- Oj, winnam pieniądze naszemu panu we wsi.

- A masz więcej krów?

- Nie, ino tę jedną.

- A takiż to ten wasz pan dobry, że nie może na pieniądze poczekać trochę, czy mu grosza nie stało? – powiedział zbój.

- A no nie teraz, bo nawinął się jakiś dobry człowiek i wszystko mu zabrał –rzekła baba.

- A czy narzeka bardzo pan, że mu ktoś pieniądze ukradł?

- O narzeka. Ale żeby tym zbójnikom Pan Bóg dał zdrowie, bo z panem nie szło już wytrzymać, taki był ostry.

Spodobała się zbójnikowi odpowiedź i powiedział do kobiety:

- No to chodź za mną, ja ci zapłacę za tę krowę, jeśli chcesz ją sprzedać.

Prowadził babę w ciemny las, głębiej i głębiej. Zdziwiła się ona i rzekła:

- Oj, proszę pana, coś wasz dom bardzo daleko.

A on jej odrzekł:

- A, nie aż tak bardzo, jeszcze ino kusok.

Przybyli pod wielką skałę a on powiedział:

- Poczekaj tu chwilkę, ja tobie pieniądze przyniosę.

Przelękła się kobieta i zapytała:

- A skądże wy tutaj pieniądze weźmiecie, w tym głuchym lesie?

- Nie bójcie się – powiedział zbójnik i wieki kawał skały podniósłszy wlazł do pieczary czarnej i przepastnej. Po dwóch pacierzach wrócił z workiem pieniędzy i rzekł:

- Na, masz, żebyś oddała panu dług i sobie jeszcze nie jedną, a dwie krowy kupiła! A jak pan się będzie pytał komuś krowę sprzedała to powiesz, że jaśnie panu Kostce.

Zostawił zbójnik tak zadziwioną jako słup soli kobietę. Skałę na miejsce z powrotem zarzucił i zniknął tak jak się pojawił. Postała jeszcze chwilę baba. I nie mogąc nic pojąć z tego co ją spotkało do domu wróciła.

Poszła na drugi dzień rano do dworu, żeby panu pieniądze oddać. Dała mu je a on zdumiony spytał:

- A skąd żeś to ich wzięła, kiedyś jeszcze wczoraj nie miała nic?

- Musiałam, proszę pana, krowę pognać na targ i sprzedać.

- A komuś ją sprzedała?

- A jakiś pan bogaty ją odkupił.

Zdumiał się pan jeszcze bardziej i powiedział:

- A wiesz skąd co to za pan, skąd on jest?

- Oj, nie pytałam, ale on sam powiedział, że on Jaśnie Pan Kostek się nazywa.

Domyślił się pan, co to za kupiec był i nuż babę wypytywać:

- A gdzież on tę krowę kupił, u ciebie czy w mieście?

- Oj, nie panie, ani u mnie, ani na targu.

- Tedy gdzie?

- A tam, za wsią, na drodze pod lasem mnie spotkał, w las zawiódł i tam ze skały pieniądze wyjął i mi dał.

- I nic więcej nie mówił?

- Nic, tylko zaraz jak stał tak w lesie zniknął.

Rozzłościł się pan i zaraz z powrotem do miasta po wojsko posłał. Przyszli żandarmi, las cały obstąpili, zrobili obławę, ale nie znaleźli nic. Ani śladu po opryszku.

c.d.n.



Robert Bańkosz

Legenda autorska napisana na motywach zapisu Oskara Kolberga - „Sanockie-Krośnieńskie” t. 51 legenda „O zbóju Kostce”.

Fotografie: Robert Bańkosz, Arkadiusz Komski

FUNDUSZE EUROPEJSKIE – DLA ROZWOJU INNOWACYJNEJ GOSPODARKI
Projekt „Stworzenie internetowego serwisu automatycznej konfiguracji przez turystów autorskiego, indywidualnego pobytu turystycznego w regionie bieszczadzkim www.mojebieszczady.com” współfinansowany przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego