Zaloguj

Fotografia pasją mojego życia - Inka Wieczeńska

    • Inka Wieczeńska

 

Inka Wieczeńska


Inkę „Lisiczkę” Wieczeńską, nie sposób z nikim pomylić. Charakterystyczny kapelusz z wilkiem, i kitą, nieodłączny aparat fotograficzny w dłoni. Postać znana nie tylko w Bieszczadach, ale w wielu innych miastach Polski.

To pasjonatka fotografii przyrody w Bieszczadach.  Ma za sobą wiele wystaw, warsztatów plenerowych, ogrom nagród, oraz wspaniałego dorobku artystycznego.

Zapraszam na rozmowę z tą wspaniałą artystką fotografii.


fot. Paweł Wrona


 Powiedz coś o sobie, skąd jesteś, jak długo w Bieszczadach?

Pierwszy raz w Bieszczady przyjechałam jak miałam 13 lat. Mój Tatuś, zakochany po uszy w tej magicznej krainie często wsadzał mnie na swojego " rumaka" i gnaliśmy, Iżem z przyczepą 400 km ze świętego miasta Częstochowy do Cisnej, czy Wetliny.  Wówczas dla mnie Bieszczady to byli harcerze, nowe znajomości, nowe zauroczenia.  Tatuś natomiast oczy napawał widokami bieszczadzkich kniei i oddychał jak sam mawiał do "pięt". Zawsze marzył, aby osiąść w Bieszczadach, ale nigdy nie mogło się to spełnić.

Dlaczego wybrałaś Bieszczady?

Po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Warszawskim otrzymałam propozycję pracy dziennikarza radiowego w Rozgłośni Radiowej w Kielcach, gdyż całe studia szalałam, jako reporter w PR w Warszawie. Niestety wówczas wybuchł stan wojenny. Zdawałam, sobie sprawę, że pochodzę z rodziny prześladowanej przez ówczesny system i mój etat stanął pod znakiem zapytania????. Wtedy przypomniały mi się rodzinne wyprawy do baśniowej krainy. Niewiele myśląc, z przyszłym małżonkiem ruszyliśmy na podbój Bieszczadów. Po dłuższych poszukiwaniach zostaliśmy pracownikami nieistniejącego już Kombinatu Rolnego "Igloopol", w Smolniku. I tak już mija  ponad 30 lat naszej bieszczadzkiej sielanki.   


wiosenna kałuża - fot. Inka


Pasja fotografowania – skąd?


Wszystko zaczęło się od dziennikarki, która w latach studenckich była moją wielką pasją. Będąc już w Bieszczadach dużo prowadziłam rozmów z artystami jeżdżącymi konno, czy też z Bieszczadnikami. Publikowałam je w regionalnych i centralnych pismach. Poznając sylwetki Bieszczdników coraz głębiej wchodziłam w ich środowisko, odkrywając na nowo ten skrawek Polski.  Zaczarował mnie on do końca. Ten bezkres połonin tonących w porannych mgłach wschodzącego słońca, kwieciste, pachnące rosą łąki, szumiące potoki. No i niezwykli ludzie, ich wielokulturowość i przecudna architektura cerkiewna... To wszystko mnie urzekło. Zaczęłam fotografować, starając się zatrzymać w kadrze jak najwięcej pięknych chwil.  Kiedy dostałam się do Związku Polskich Fotografów Przyrody Okręgu Roztoczański-Podkarpackiego zaczęło się prawdziwe szaleństwo fotograficzne. Ciągłe plenery, nocne wypady na połoniny, wystawy, wernisaże, konkursy i nagrody, które były potwierdzeniem mojego wyboru. To jest już jakaś choroba fotograficzna. Dzisiaj nie mam nawet oporów, aby samotnie w nocy wyjść w plener. Fotografia stała się pasją mojego życia.


(Bogumił Socha, Inka, Krzysztof Szymala)


Co kochasz w Bieszczadach, a czego nie lubisz?

Kocham wolność, którą znalazłam w Bieszczadach. Nie lubię, kiedy muszę wyjechać z Bieszczadów. Uwielbiam wspinać się nocą na pasma połonin, pełna ciekawości, co zastanę na szczycie. Wówczas marzę o morzu mgieł, które przenoszone przez wiatr tańczą po wierzchołkach połonin oświetlane ognistą kulą. To prawdziwy teatr. Teatr w wielu aktach, szczególnie, kiedy doznajemy widzenia tak spektakularnych zjawisk przyrodniczych jak widmo Brockenu, czy Inwersja temperatury, których już wielokrotnie doświadczyłam. 


Głębia - fot. Inka


Widmo Brockenu  ma na dodatek ciekawą legendę, prawda?

Tak. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam swój cień w tęczowej aureoli to byłam ciężko przestraszona, jako, że wg legendy padła na mnie klątwa śmierci w górach. Aby odczynić urok należy przeżyć widzenia jeszcze dwa razy. Wówczas wróży to szczęście do końca mych wędrówek pośród skalistych szczytów. Mnie się udało już przeżyć glorię 5 razy. (Śmiech).

A ile razy doświadczyłaś inwersji?

Już nie pamiętam, ale też nie mało. Najbardziej zaskakującym fenomenem jest doskonała widoczność.  Z 150-200 kilometrowej odległości można wyraźnie zobaczyć Tatry, prawie na każdej z połonin. Wyjątkową przyjemnością jest też podwyższona temperatura w wyższych partiach gór, która towarzyszy temu zjawisku. To są prawdziwe cuda natury.


Buki- fot. Inka


Dużo jeździsz na plenery, jakie i gdzie?

Plenery to prawdziwa uczta dla fotografa. Głównie jeżdżę ze swoimi kolegami ze ZPFP na tzw. plenery zygmuntowskie. Organizuje je dwa razy do roku Zygmunt Urzędnik z Okręgu Śląskiego. Robi je tak perfekcyjnie, że został mianowany prezesem ZPFP. Jego skrupulatność zawsze owocuje udanymi plenerami. Zjeżdża się stała paczka z całej Polski, około 30 "zakręconych" fotografów. Z reguły plenery są w górach wysokich Beskidu Żywieckiego, Sudetów, no i w Bieszczadach.  Jest to trzydniowy maraton wypadów na wschody i zachody słońca, a w międzyczasie slajdowiska. Wszyscy chwalą się tym, co nowego sfotografowali. Wychodzą z tego prawdziwe mini festiwale fotograficzne. Dzięki nim stale wiem, co "piszczy" w fotografii przyrodniczej.

Który najbardziej utkwił Ci w pamięci?

Zawsze chciałam się wspiąć na szczyt gór, zaglądając głęboko Tatrom w „oczy”. Wyczekiwany moment nadszedł na początku tego roku. Temperatury spadły do -29 C. Przyszło małe zaniepokojenie, ale determinacja była tak duża, że nie pozwoliła nam trzeźwo myśleć o jakimkolwiek zagrożeniu.  Ubrani na cebulkę o 3 w nocy ruszyliśmy górą Wdżar w Kluszkowcach w kierunku najwyższego szczytu pasma Lubania w południowo- wschodniej części Gorców. Szliśmy 2, 5 godziny pasmami leśnego szlaku nie będąc świadomi tak drastycznego obniżenia temperatury. Im wyżej wspinaliśmy się, tym widoki stawały się jak z bajki. Całkowicie bialutkie drzewa, a w nich lodowa wieżyczka „szczęścia”. Jeszcze tylko troszeczkę wysiłku i są ukochane Taterki. Widoczność rewelacyjna na cztery strony świata. Warunki fotograficzne wymarzone, ale niestety nie przełożyły się na zrobienie dobrych zdjęć. Wiatr hulał nieubłaganie. Zimno przechodziło przez najgrubsze odzienia. Temperatura odczuwalna sięgnęła -40 st. C.  Statyw blokował się przy rozłożeniu. Przyciski nie chodziły, a ręce grabiały coraz bardziej. Nieustanny tupot stóp moich współtowarzyszy niedoli wzbudzał drgania wieży widokowej i nie pozwolił na ostre zdjęcia. Marzeniem moim było jak najszybciej zejść. W palce rąk i nóg wbijały się lodowate szpile i kończyny odmawiały posłuszeństwa.  Widoków jednak nikt mi nie potrafi odebrać. To co ujrzałam pozostanie do końca w mej pamięci. Wdzięcznie stojące biało- niebieskie „panny” w lodowej glazurze, a w oddali grzebienie groźnych ośnieżonych gór, podświetlonych "laserami" wschodzącego słońca.


W ciszy - fot. Inka
 

Czy zdjęcie robisz intuicyjnie, czy szukasz tematu?

Szukam tematów i dużo robię zdjęć intuicyjnie, tak jak mi dyktuje serce. Zawsze robię to, co lubię, nigdy nie kieruję się modą w fotografii.  Początkowo robiłam zdjęcia jak z "karabinu" przynosząc pełne karty zapisane zdjęciami.  Dzisiaj już wiem, po co wychodzę i jakie zdjęcie chcę uzyskać. Jest ich zdecydowanie mniej. Nieraz bardzo długo czekam na realizację swoich marzeń. Do dzisiaj nie mam niektórych kadrów, które jarzą się w mojej głowie, ale spokojnie, wszystko przede mną. 

Wystawy, wernisaże.....wiele ich jest, ale które dla Ciebie są najważniejsze?

Chciałoby się wymienić wszystkie, gdyż dla mnie są wielkim przeżyciem. Rzadko oglądam się za siebie, ale pamiętnymi stały się te w Galerii "Freta" w Warszawie, czy w BPN w Lutowiskach, gdzie jak zawsze zaszczycili mnie swoją obecnością moi przyjaciele. Za każdym razem nie zawodzi mnie bieszczadzka brać.  Licznie wystąpili muzycy i poeci z Januszem Szuberem na czele. Było to dla mnie wyjątkowe wyróżnienie. Dla takich chwil warto żyć. Jednak I -szej wystawy, która otworzyła mi wrota do świata fotografii zapomnieć nie mogę. Zaprosił mnie "Zielony koń"- Zygmunt Drużbicki, jak się potem okazało znajomy z Zakrzowa. Pracował wówczas w Białołęckim Ośrodku Kultury. Moje zdjęcia wypatrzył w internecie. Myślałam, że się pomylił, ale kiedy wysłałam pliki, oznajmił, że drukuje. Radość moja nie miała granic. Dostałam rozpędu. Zaproszenie moje przyjął zespół Jarka Tomaszewskiego "Latający Dywan"  i poeta Jerzy Baryła Nowakowski, artyści mocno związani z Bieszczadami. Dzięki nim wernisaż nabrał charakteru wydarzenia. Poczułam się pewnie, ale kiedy zobaczyłam wszystkich moich zaproszonych gości, artystów z Warszawy, z którymi robiłam wywiady, serducho mi zadrżało. Bieszczady mają takie powodzenie, że dzisiaj przygotowuję się do 16-tego wernisażu i 14-tej odsłony wystawy w Polsce "

I to są właśnie moje Bieszczady" Miłe to, że się tak samo kręci.


Inka, ks.Piotr Bartnik, Zenon Kuśnierz-Traper - fot. Chmielu


Gdzie były kolejne wystawy?

Ponownie w Warszawie, ale tym razem u kś. Wojciecha Drozdowicza w Podziemiach Kamedulskich. Jestem trochę pod wrażeniem, tym bardziej, że kolejny raz zespół "Latający Dywan" oprawił wernisaż pod względem muzycznym. Był również Jurek Nowakowski i dołączył do nich Wiesiu Drzewiecki ze swoją poezją. A wydarzenie poprowadził mój przyjaciel z Tarnowa z Teatru Nie Teraz, reżyser Tomek Żak, więc musiało się udać. Wspaniała atmosfera.

Czego życzyłabyś sobie, jako fotograf w nowym roku, a czego jako Inka?

Myślę o swoim albumie, ale jakieś światełko prześwieca dopiero na rok 2018.  To dosyć odległe czasy, więc schodząc na ziemię, to pragnę nadal fotografować z moją Ewunią Musiałowską, również pasjonatką fotografii przyrodniczej. Jako Inka marzę, aby nikt i nic nie zakłócił naszego spokoju i radosnego życia w rodzinie.


Dziękuję za rozmowę.   


Lidia Tul-Chmielewska




FUNDUSZE EUROPEJSKIE – DLA ROZWOJU INNOWACYJNEJ GOSPODARKI
Projekt „Stworzenie internetowego serwisu automatycznej konfiguracji przez turystów autorskiego, indywidualnego pobytu turystycznego w regionie bieszczadzkim www.mojebieszczady.com” współfinansowany przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego